Śpieszmy się szanować ludzi

Posted February 15, 2008 by
Categories: Niecodzienności

Stefan Meller zmarł. Trudno jest pisać o człowieku, którego się nigdy nie poznało osobiście i chyba jeszcze trudniej wytłumaczyć swój wielki żal po Jego stracie. Staje się to łatwiejsze, gdy uznam się za jednego z obywateli kraju, dla którego odejście Stefana Mellera jest wielką stratą. Można by napisać wiele górnolotnie brzmiących słów na temat Jego mądrości, kompetencji, wiedzy, rozsądku, autorytetu… wszystko to może jednak brzmieć mało wiarygodnie w ustach 22-latka. Pozwolę więc sobie na subiektywne złożenie wyrazów szacunku wobec Pana Profesora i kondolencji Jego rodzinie. Kondolencje należą się również Polsce. Wyciągnijmy wniosek. Protestujmy, gdy człowiek pokroju Macierewicza obszczekuje profesorów: Bartoszewskiego, Geremka i Mellera właśnie. Darzmy uznaniem człowieka, który odszedł z rządu, gdy wstąpił do niego przestępca i nacjonalista (w dwóch osobach, całe szczęście). Takie cnoty są bardzo rzadkie wśród dzisiejszej klasy politycznej. Śpieszmy się szanować ludzi, dopóki mamy zaszczyt żyć w Ich czasach. Słuchajmy Ich,  nawet gdy milkną.

Jarosław Orłowski

święto demokracji

Posted October 24, 2007 by
Categories: Niecodzienności

Mieliśmy minionej niedzieli podwójne święto demokracji. Po pierwsze, frekwencja – która wyniosła 53,88% – jest najwyższa w historii trzecio-czwartej Rzeczypospolitej. Widać potrzeba było kryzysu w postaci dwuletniego rządu PiS, byśmy docenili mechanizm demokratycznych wyborów i tak licznie z niego skorzystali. Po drugie, tak wyraźne zwycięstwo Platformy Obywatelskiej (PiS uzyskało wynik bardzo dobry, jak na partię, która wyrządziła przez minione dwa lata tak wiele szkód Polsce, ale trzeba pamiętać, że „wchłonęła” wyborców LPR i Samoobrony, a biorąc to pod uwagę, wynik PiS nie jest już tak imponujący) oznacza, że Polacy zdecydowanie opowiedzieli się PRZECIW wizji państwa ścigającego, zastraszającego, wojującego, dzielącego, zakompleksionego i podsłuchującego, zdecydowanie ZA państwem wolnym, demokratycznym, otwartym, rozmawiającym, rozsądnym i ambitnym.
Polacy odkupili „grzech zaniechania” sprzed dwóch lat, kiedy to „odpuścili sobie” głosowanie na PO, sądząc, że i tak wygra. Znamienny jest sondaż PBS DGA dla TVN, TVN24 i dziennika „Polska”, zgodnie z którym 58% wyborców PO nie poszło na wybory 2 lata temu! Oznacza to, że dziś naprawdę zmobilizował się elektorat Platformy Obywatelskiej, nauczony katastrofą z roku 2005, kiedy to wielu ludzi „odpuściło sobie” wierząc, że PO wygra nawet bez ich głosu. Wtedy odwrotnie postąpił elektorat „radiomaryjny”, zmobilizowany do głosowania na PiS. Gdy przyjrzymy się frekwencji według wieku, dostrzeżemy, że ludzie w wieku ponad 60 lat głosowali tym razem najmniej licznie spośród grup wiekowych – mniej niż młodzież w przedziale 18-19 lat. Nie pierwszy raz sprawdziło się porzekadło „Polak mądry po szkodzie”. Lepiej późno, niż wcale.

Wyniki

Wyniki wyborów parlamentarnych 21.X.2007, ogłoszone wczoraj oficjalnie przez Państwową Komisję Wyborczą, wyglądają następująco: PO uzyskało 41,51% głosów, PiS 32,11%, LiD 13,15%, PSL 8,91%. LPR i Samoobrona nie wchodzą do sejmu, nie przekraczając – nawet wspólnie – progu 3%, niezbędnego do uzyskania refundacji kosztów kampanii z kasy Państwa. Mandaty sejmowe rozdane zostaną w następujących proporcjach: PO 209 posłów, PiS 166, LiD 53, PSL 31, mniejszość niemiecka 1. Do Senatu weszły tylko dwie partie: PO będzie mała 60 senatorów, PiS 39, ostatni mandat zdobył jedyny senator niezależny – Włodzimierz Cimoszewicz. Frekwencja wyniosła 53,88% i powtórzę to - jest to wynik rekordowo wysoki w historii trzecio-czwartej RP (w porównaniu z rekordowo niskim sprzed dwóch lat, naprawdę robi wrażenie!).

Co z tym LiD-em?

LiD powinien pozostać w opozycji i grać na zdeprecjonowanie PiS (które będzie opozycją trudną), starając się być łagodną i kulturalną, lecz realną alternatywą dla PO, by mieć szansę przejąć władzę za 4 lata (a w każdym razie – mieć większą szansę, niż PiS, bo do powtórki z rozrywki nie można dopuścić).
Pocieszają mnie słowa Olejniczaka, że LiD będzie konstruktywną opozycją, zaś wykluczona jest koalicja z PO. LiD to nie PSL, który od zawsze pełnił (z całym szacunkiem dla tej partii) rolę „przystawki” – oczywiście nie chcę porównywać tutaj Polskiego Stronnictwa Ludowego z LPR czy Samoobroną; chcę jedynie wskazać, że PSL nie miał, nie ma i raczej nie będzie miał w najbliższej przyszłości szans na wygranie wyborów, więc pozostaje mu rola słabszego koalicjanta. LiD natomiast jest w innej sytuacji i ma szanse na zwycięstwo w następnych wyborach, więc lepiej, by nie „spalali” się w koalicyjnym rządzie, w którym i tak byliby znacznie słabsi, niż PO. Poza tym, lewicowo-prawicowy rząd oznaczałby rozmycie programów, z których powstać musiałby jakiś dziwny, kompromisowy twór. LiD natomiast będzie Platformie niezbędny do odrzucania ewentualnego weta prezydenta, więc PO powinna zadbać o jego poparcie.

Dziękuję premierowi Kaczyńskiemu

Premierze Kaczyński! Dziękuję Panu bardzo, że poddał się Pan po 2 latach skrajnie nieudolnego rządzenia i umorzył Pan połowę wyroku, na jaki Polacy (trzeba uderzyć się w pierś z tego powodu) sami siebie skazali w wyborach a.d. 2005. „Zakiwał” się Pan J

Nie chciałem zapeszać, ale przewidywałem, że PO zwycięży, potem PiS i PSL przed LiD (bo PSL przejmie elektorat Samoobrony i częściowo PiS), Samoobrona i LPR poza sejmem. Przeliczyłem się (na szczęście tylko w tym jednym) co do PSL i LiD jest trzeci.
Premier powiedział po ogłoszeniu wyników: „Bardzo zmieniliśmy Polskę, ale przerwano nam w połowie drogi”. Owszem, zmieniliście Polskę: zmobilizowaliście ją, by dała Wam nauczkę. Sami sobie przerwaliście (co premier dodał w dalszej części swojej wypowiedzi, powołując się na „zasady”, zgodnie z którymi musiał zakończyć koalicję), bo premier, decydując się na przedterminowe wybory i licząc na ponowne zwycięstwo, przeliczył się. Mimo to, brawo za odwagę, bo była to naprawdę ryzykowna rozgrywka. Swoje uznanie za podjęcie ryzyka przegranej chciałbym jednak skonfrontować z uznaniem dla taktyki premiera, który – gdy przyjmę inne założenie – być może w pełni liczył się z przegraną, sądząc jednak, że jest to ostatni moment na uzyskanie w miarę przyzwoitego wynik w wyborach a nowy parlament stworzy Prawu i Sprawiedliwości szansę na zwycięstwo – tym razem z wygodnej pozycji opozycji – w następnych wyborach, nie mówiąc już o wyborach prezydenckich dla jego brata. Mam rację, Panie Jeszcze Przez Chwilę Premierze?

Kolejna wczorajsza wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego powinna skłonić do myślenia na temat jego woli sprzed dwóch lat do wejścia w koalicję z PO: „Koalicja z PO nie wchodzi w grę”. Wyszło szydło z worka! Można wyciągnąć dwa wnioski: albo premier nigdy nie chciał tej koalicji, albo chciał jej jedynie przy wiodącej roli PiS, które miałoby znaczącą przewagę nad Platformą-koalicjantem, chociaż dwa lata temu rozpowiadał wszem i wobec, że proponuje PO koalicję na równych zasadach – „pół na pół”!

Przystawkom dziękujemy

Dziękuję Prawu i Sprawiedliwości również za wchłonięcie „przystawek”! Zmiecenie z polskiej sceny politycznej Ligi Polskich Rodzin a także takich ekstremistów-fundamentalistów, jak Marek Jurek czy Artur Zawisza, jest wielką zasługą (i chyba jedyną) Jarosława Kaczyńskiego dla Polski. Wybory były tego warte. Podobnie pozbycie się z sejmu Samoobrony należy uznać za sukces tego dwuletniego rządu. Oczywiście elektorat tych dwóch partii nigdzie się nie zapodział, tylko przepłynął do Prawa i Sprawiedliwości, ale tutaj poglądy dawnych wyborców LPR i Samoobrony, chcąc nie chcąc, będą musiały ulec ewolucji, zderzając się z realiami w postaci programu PiS, a przez to złagodzeniu – na co liczę. Krótko mówiąc, być może naiwnie, myślę, że wchłonięcie „przystawek” przez PiS zaowocuje nie tylko zniknięciem choroby (partii), ale również samego wirusa ją powodującego (poglądów wyborców – jak nacjonalizm, strach przed „obcymi”, ksenofobia, antysemityzm, walka z aborcją, homofobia) a przynajmniej, że poglądy te nie będą miały możliwości realizacji i przez to zaczną zanikać lub schodzić na dalszy plan, nie mając oparcia w żadnej parlamentarnej partii.
Prof. Kik zwrócił uwagę na to, że PiS jest „partią kryzysogenną”, ponieważ – po „wchłonięciu” wyborców LPR i Samoobrony – stało się partią o niejednolitym elektoracie. Wierzę w to głęboko i liczę na jakiś szybki kryzysik wśród prawicowej opozycji! J

Komisje śledcze?

Tak, jestem za, o ile nie będą miały służyć odwróceniu uwagi od realnego rządzenia. Katastrofą byłoby powołanie wszystkich trzech sejmowych komisji śledczych naraz (ds. akcji CBA w Ministerstwie Rolnictwa, ds. prowokacji CBA wobec posłanki Sawickiej, ds. akcji CBA wobec Barbary Blidy). Wtedy bowiem mielibyśmy w TV nieustanne „reality show” i mogłoby to być dobrą zasłoną dymną dla realnego rządzenia. Komisje powinny być jednak powołane – proponowałbym postępować chronologicznie, czyli od Blidy przez Leppera po Sawicką.

Jeden senator niezależny

Niezależnemu komitetowi wyborczemu Włodzimierza Cimoszewicza, jako jedynemu, udało się wprowadzić swojego kandydata do Sejmu. Osobiście bardzo mnie cieszy ponowna obecność byłego marszałka sejmu, premiera, ministra sprawiedliwości i ministra spraw zagranicznych w jednej osobie, w życiu publicznym. Polityk tej klasy powinien mówić i być słyszanym, bo jest osobą, z której zdaniem powinniśmy się liczyć – zwłaszcza „my, lewicowcy”. Jest to również jego niewątpliwy, osobisty sukces – po dwóch latach politycznego niebytu, uzyskał w swoim okręgu ok. 175.000 głosów!

Premier Tusk, wicepremier Pawlak?

Po wczorajszej rekomendacji, jakiej Platforma Obywatelska udzieliła Donaldowi Tuskowi na stanowisko premiera, w tej kwestii nie powinno już być wątpliwości. Tusk może mieć powody do radości – w Warszawie (choć oczywiście warszawiakiem nie jest, w przeciwieństwie do Kaczyńskich) zdobył rekordową liczbę ponad pół miliona głosów! Jest to również niewątpliwie ogromna odpowiedzialność względem osób, które jemu zaufały.
Platforma podtrzymuje swoje zapowiedzi o chęci wejścia w koalicję z Polskim Stronnictwem Ludowym, co jeszcze dziś ma zaowocować pierwszym spotkaniem negocjacyjnym tych partii. W takiej sytuacji Waldemar Pawlak powinien zostać wicepremierem i ministrem – nie koniecznie rolnictwa (jak powiedział wczoraj Marek Sawicki, Pawlak może objąć dowolny resort, bo do wszystkiego się nadaje). Szykuje się więc Polsce rząd centroprawicowy, spokojny, zrównoważony psychicznie, rozsądny. Chciałbym i mam nadzieję, że taki właśnie będzie. Z całego serca życzę „im” oraz „nam” - czyli Polsce – powodzenia!

Jarosław Orłowski

dlaczego zagłosuję na Platformę Obywatelską

Posted October 19, 2007 by
Categories: Niecodzienności

To nie była łatwa decyzja. Nie chciałem głosować na partię, która nie zamierza zlikwidować policji politycznej braci Kaczyńskich – CBA. Partię, która podejmuje, narzuconą przez PiS, kampanię przerzucania się inwektywami. Partię, która nie mówi o swoich poglądach, tłumacząc, że prawdziwy spór toczy się o jakość a nie o treść polskiej polityki. Partię, która przez minione dwa lata była opozycją bladą, nie konstruktywną a czasem opozycją nie była w ogóle, popierając n.p. ustawę o Centralnym Biurze Antykorupcyjnym razem z braćmi Kaczyńskimi. Nie podoba mi się chęć rozbijania przez Platformę pozostałych partii (PiS i LiD) i przeciągania z nich do siebie pojedynczych posłów (vide – taśmy Renaty Beger), co od kilku dni zapowiada w wywiadach Donald Tusk. Nie podoba mi się, że od maja Platforma zmieniła swój pogląd na prywatyzację szpitali o 180’, wykreślając ten punkt ze swojego programu, gdy tylko stało się to niewygodne w walce z PiS-em. To wszystko może niepokoić. Nie podobają mi się populistyczne wypowiedzi Tuska, ale – jeśli mają służyć wyłącznie wyniesieniu go do władzy – wybaczam. Słowem, mówiąc przewrotnie, w pewnych kwestiach (spornych z moimi poglądami) liczę na obłudę PO i, mimo wszystko, pojutrze zagłosuję na Platformę Obywatelską.

Wolę postawić na mniejsze zło niż na nieosiągalne dobro

Otóż czy mi się to podoba, czy nie, nawet jako wyborca LiD-u muszę przyznać, że prawdziwy bój rozegra się między PO a PiS. Lewica i Demokraci, na których zamierzałem głosować, nie liczą się w tej walce – po części z powodu „choroby filipińskiej” prezydenta Kwaśniewskiego. Bardzo bym chciał, aby LiD rządzili. Bądźmy jednak realistami – głosując na LiD, tylko częściowo odbieramy głosy PiS-owi, natomiast nie dodajemy głosów największej partii mającej szansę odsunąć PiS od władzy. Głosując na PO, robimy jedno i drugie. Cóż bowiem z tego, że wzmocnimy LiD, którzy będą mieli jednego posła więcej, jeśli PO przegra z PiS i nadal bracia Kaczyńscy będą budowali koalicję (premier obiecuje, że Samoobrona i LiD nie wchodzą w grę – marzy mu się za to rządzenie z PLS-em, podobnie jak Tuskowi).
Może zabrzmi to patetycznie, ale są czasy, gdy ponad swoje poglądy trzeba przedłożyć pragmatyzm w podejmowaniu decyzji, mających na celu osiągnięcie celu nadrzędnego. Mówiąc prościej: wolę zagłosować na PO, która jest pod względem ideologicznym dalsza od moich poglądów, niż na LiD, któremu jestem bliższy. W „normalnych” warunkach, gdyby nie istniało niebezpieczeństwo rządów PiS i gdybyśmy nie mieli za sobą dwóch lat kierowania krajem przez tę partię, na pewno nie kierowałbym się sondażami w podjęciu decyzji, na kogo głosować, bo zawsze uważałem to za nieuczciwe względem samego siebie. Powód jest jednak poważny i sądzę, że usprawiedliwia tego typu decyzję: celem nadrzędnym jest odsunięcie PiS-u od władzy. Nie możemy sobie więc pozwolić na głosowanie na partię, która nie wygra z Prawem i Sprawiedliwością. Te wybory są zbyt ważne.

Kto premierem w rządzie PO?

Kontynuując wyliczanie minusów partii, na którą zdecydowałem się zagłosować, nie mogę przemilczeć niezdecydowania szefa PO, kto będzie premierem, gdy Platforma wygra wybory. We wczorajszym „Dzienniku” Tusk wspominał przypadki Pawlaka, Buzka i Marcinkiewicza jako tych, którzy – nie będąc szefami zwycięskich partii – stawali się premierami.
Co do ostatniego nazwiska, osobiście uważam za wielce prawdopodobne, że to właśnie Kazimierz Marcinkiewicz stanie na czele rządu PO. Weźmy bowiem pod uwagę, że jest to człowiek cieszący się wielkim zaufaniem społecznym, dodajmy do tego fakt jego wystąpienia z Prawa i Sprawiedliwości oraz udzielenie poparcia Donaldowi Tuskowi w niedzielnych wyborach… to byłoby więc dla Tuska rozwiązanie bardzo dobre, bo w rządzeniu szef PO mógłby się wypalić, tracąc szansę na zwycięstwo w najbliższych wyborach prezydenckich, co niewątpliwie mu się marzy. No, chyba że Marcinkiewiczowi również.
W wyżej wspomnianym wywiadzie szef PO deklaruje też, że stanowisko premiera jest gotów oddać koalicjantowi. Według wszelkiego prawdopodobieństwa, powstanie koalicja PO-PSL. Jeśli będzie za słaba, być może wzmocnią ją LiD (którzy jednak mają coraz większe szanse na utracenie miejsca na podium na rzecz PSL). W takim wypadku nazwisko przyszłego premiera może brzmieć: Pawlak, Kwaśniewski… a może Olejniczak?

Dlaczego nie PiS?

Czy naprawdę muszę odpowiadać na to pytanie? Czy nie widać wystarczająco wyraźnie, jak wiele straciliśmy przez minione dwa lata? Państwem kierują ludzie zakompleksieni, stosujący w polityce międzynarodowej logikę pokrzywdzonych i upokorzonych, dla których celem strategicznym nie jest forsowanie rozsądnych pomysłów, lecz postępowanie tak, aby inni się z nami liczyli. Duma ze zdolności do blokowania decyzji, zamiast konstruktywnego współuczestnictwa w ich podejmowaniu, jest cechą ludzi małych i kłótliwych, szkodzących Polsce. Pamiętajmy, że mówimy o władzy, która nie akceptuje parlamentarnej kontroli nad swoimi działaniami – jak to ujął Aleksander Smolar, jest to „demokracja delegowana”, w której jedynym demokratycznym aktem są wybory, miedzy którymi władza wykonawcza rządzi w sposób niepodzielny. Mówimy o władzy, która stara się skłócić wszystkich ze wszystkimi (lekarzy z pacjentami, biznesmenów z „ludem” i t.p.), bo podzielonym społeczeństwem łatwiej jest dyrygować. Mówimy o władzy, której głównym środkiem perswazji w stosunku do oponentów są groźby (n.p. „wzięcia w kamasze”) a nie dialog. Nie oszukujmy się: te dwa minione lata nie powinny tak wyglądać w wolnym, demokratycznym, XXI-wiecznym państwie, które rzekomo ma za obywateli ludzi rozumnych a nie „ciemny lud, który wszystko kupi”. Być może było nam to jednak potrzebne. Być może musieliśmy sięgnąć dna, by mieć od czego się odbić.
Pozostawmy przeszłość i skupmy się na dalszych planach naszej najjaśniejszej władzy. Premier Kaczyński w dzisiejszym „Dzienniku” ogłosił, że chciałby zmienić konstytucję, ponieważ jest niezgodna z ustawą lustracyjną Prawa i Sprawiedliwości, która upadła przed Trybunałem Konstytucyjnym. Jeśli ustawa jest niezgodna z konstytucją, zmieniamy konstytucję a nie ustawę! Premier naprawdę to powiedział! Jak ktoś taki może rządzić naszym krajem?! Mówimy o człowieku, który wczoraj powiedział również: „Kłótnie między prezydentem a premierem to najgorsza rzecz, jaka może spotkać Polskę i choćby z tego powodu Donald Tusk nie powinien być premierem.” Przełóżmy to na prostszy język: „Będzie źle, jeśli premierem zostanie ktoś, kogo nie lubi mój brat.” Jarosław Kaczyński ma już chyba pełnię władzy, mając w swoich rękach prezydenta, marszałka sejmu, senatu, telewizję publiczną, prokuraturę, policję polityczną, służby specjalne, Instytut Pamięci Narodowej… a nawet stoi na czele komitetu organizacyjnego mistrzostwa EURO 2012 – jak widać, chciałby dodatkowo stanąć na czele PO. Z takim rozumowaniem powinien zostać następcą Fidela Castro lub Kim Dzong Ila.

Donaldu Tusku, licz się z lewicą!

Apel Donalda Tuska po debacie z Aleksandrem Kwaśniewskim, skierowany do wyborców LiD-u, by głosowali na PO, przejdzie do historii. Sądzę, że może przeważyć szalę zwycięstwa na korzyść PO. Po tej debacie (i po ujawnieniu taśm CBA z podżegania Beaty Sawickiej do przestępstwa, które to taśmy – jak widać – bardziej zaszkodziły prowokatorom niż prowokowanym) notowania PO poszybowały – odtąd w sondażach Platforma plasuje się 10% nad PiS-em i przekracza próg 40%. Tak więc głosy „lewaków” mogą zadecydować o tym, że Tusk zostanie premierem. Umownie rzecz biorąc, PO – jeśli zwycięży – powinna potraktować nadwyżkę głosów ponad 30% za głosy LiD, którego notowania spadają. Szanowny Panie Przewodniczący Donaldu Tusku! Proszę wziąć to pod uwagę w kształtowaniu linii politycznej swojego rządu! Jeśli zostanie Pan premierem, to również dzięki głosowi mojemu czy moich znajomych, z którymi stoczyłem szereg rozmów, mających na celu ustalenie, że głosujemy na Pańską partię, chociaż pod względem programowym znacznie bliżej jest nam do Lewicy i Demokratów! Nie głosowaliśmy na Pana z miłości, tylko widząc w Panu osobę mającą największą szansę na zawrócenie Polski z bezdroża, na które skierowało ją Prawo i Sprawiedliwość! Proszę nas nie zawieść! Największym rozczarowaniem byłoby – chyba nie tylko dla nas – gdyby wszedł Pan w koalicję z PiS-em. Proszę tego nie robić! Proszę zdePiSować państwo! By żyło się lepiej! Również „lewakom”, którzy Panu zaufali!

Jarosław Orłowski

dymisja w samoobronie

Posted July 12, 2007 by
Categories: Niecodzienności

Niedawno na „miliony Polaków” (to ulubione sformułowanie Donalda Tuska) spadła tragiczna wiadomość: jeden z najbardziej szanowanych i poważanych przestępców Czwartej Rzeczypospolitej został zdymisjonowany. Wicepremier i Minister Rolnictwa będzie odtąd prostym bandytą, bez limuzyn, ochroniarzy (chociaż tymi przywilejami będzie się cieszył jeszcze przez kilka miesięcy po odwołaniu), garniturów czy wody kolońskiej, którą dotąd stosował w zastępstwie mydła (niech Was nie zmyli ta opalenizna – nie myjcie przez kilka tygodni twarzy a też uzyskacie kolor pieczonego rogalika). Jednak dlaczego Wódz Kaczy Kuper zdecydował się na ten krok?
Powód był prosty: Samabrona wykorzystała limit łapówek. Jej posłowie przyjęli wszystkie koperty, jakie prezes Piss’u zaplanował na najbliższe 20 kadencji Piss-Lpr-Sb. Nic nie zostało dla współkoalicjantów. Koalicja się więc rozpadła.
Jarek może teraz nareszcie otworzyć sobie konto w banku. No bo kto chciałby korumpować drób, nie będący już u władzy? No chyba że prezydent Hanna Gronkowiec-Tango zdecyduje się powierzyć Jarosławowi Kaczyńskiemu organizacją przetargów na kuwety dla warszawskich dachowców.
Możliwy jest też wariant pesymistyczny: rządy mniejszościowe. Podobno BOR sprawdza właśnie wszystkie pokoje posłów Samogwałtu w poszukiwaniu ukrytych kamer i dyktafonów. Minister Lipiński ma już rozpisany grafik. Najbliższe dni spędzi na „negocjacjach koalicyjnych”. Kto wie, może Renia Beger jednak się zdecyduje i przyjmie wreszcie tytuł Miss World?
Przyszła pora również na dymisję ministra sportu. Tomasza Lipca zdymisjonowano w czasie, gdy ma to najmniejszy wpływ na porządek kalendarza. Czyli w lipcu. Gdyby zniknął n.p. w maju, to po czerwcu mielibyśmy natychmiast sierpień – a wtedy wakacje trwałyby o miesiąc krócej. A tak nawet nikt nie zauważy.
W całej tej wrzawie nikt nie zwraca również uwagi na publikację brukowca „Wprost” (od czasu do czasu zdarza im się napisać coś sensownego, chociaż to chyba wyjątek potwierdzający regułę). Otóż tenże szmatławiec zamieścił zapis wykładów Ojca Dyktatora. Mały Rydz raczył mówić do swoich słuchaczy z Wyższej Szkoły Kultury Schizofrenicznej i Maniakalnej o prezydentowej-czarownicy i żydowsko-prezydenckim spisku. Prezydent uznał jednak, że snajperzy BOR-u nie zdejmą (z anteny) szefa Radia Ma Ryja, bo łatwiej będzie zrobić to rękoma George’a Dablju Busha (jest to podobno warunek zgody Polski na lokalizację tarczy antyrakietowej w naszym kraju). Podobno Amerykanie wysłali już rakietę ziemia-niebo-piekło, która wycelowana została w siedzibę toruńskiej rozgłośni.

A to wszystko przez Platformę.

Jarosław Orłowski

Aborcja

Posted March 21, 2007 by
Categories: Niecodzienności

Aborcja – po gejach, ewolucji, Unii europejskiej, masonach, Żydach i Niemcach jest to ulubiony temat Ligi Polskich Rodzin. Jednocześnie jedyny, zasługujący na podjęcie rzeczowej i poważnej debaty.

W Sejmie w jednym narożniku znajdują się zwolennicy zliberalizowania prawa do aborcji, w drugim – fanatyczni przeciwnicy, po środku – siły polityczne, chcące zachować dotychczasowy kompromis. Brakuje jednak głosu rozsądku – czyli powiedzenia, że kobieta wyposażona w rozum ma prawo i OBOWIĄZEK do podjęcia decyzji o macierzyństwie PRZED ZAPŁODNIENIEM. Pomimo że uważam się za zwolennika lewicy, jestem zdecydowanym przeciwnikiem całkowitej wolności w sferze aborcji (zresztą, SLD nie ma wyrazistego stanowiska w tej kwestii). Do licha, jesteśmy cywilizowanym krajem, mamy XXI wiek i chyba kobieta jest w stanie zabezpieczyć się przed nieplanowanym zapłodnieniem?! Nie poprzez idiotyczne kalendarzyki – co ośmiesza na starcie, nie do końca pozbawione racji, argumenty LPR-u! Najdziwniejsze jest to, że środowiska, dla których zabicie płodu jest najbardziej niedopuszczalne – jak LPR – za równie niedopuszczalne uważają stosowanie prezerwatyw czy środków antykoncepcyjnych! Ludzie, puknijcie się w łeb, gdzie tu logika!?

Uważam, że kobieta ma prawo decydować o macierzyństwie właśnie na poziomie zapłodnienia – o ile jest ono dobrowolne (tzn nie związane z gwałtem, bo w takim wypadku dopuściłbym aborcję). Również w przypadkach zagrażających zdrowiu (mam tu na myśli poważne przypadki, a nie pogorszenie się wzroku z -23 do -24 dioptrii, bo to można było przewidzieć PRZED zapłodnieniem) czy życiu matki umożliwiłbym aborcję. Niedawny przypadek Alicji Tysiąc, która właśnie wywalczyła przed trybunałem w Strasburgu odszkodowanie od Polski za odmówienie prawa do aborcji, jest dla mnie nie do końca jasny. Kobieta ta zaszła w ciążę dobrowolnie, zdawała sobie sprawę z tego że ma wadę wzroku i z pewnością wiedziała, że w wyniku ciąży się on pogorszy. Mimo to zaszła w ciążę – domyślam się, że z mężem (to jej trzecie dziecko). Być może osoba o tak niskich zdolnościach rozsądnego myślenia, pozbawiona umiejętności zaplanowania sobie życia, nie powinna mieć dzieci, jednak absolutnie NIE MA PRAWA zabijać ich, bo po zapłodnieniu przypomniała sobie o konsekwencjach!

Zaczynam tutaj pisać językiem Giertycha i Wierzejskiego – „zabijanie dzieci”. Tak, dla mnie zabicie płodu jest zabiciem dziecka, ale to mój prywatny pogląd ideologiczny i etyczny. Łączy się on u mnie ze stanowiskiem, że człowiek ma prawo pozbawić inną osobę życia w wyjątkowych sytuacjach – w obronie swojego życia (np. na wojnie) lub dla dobra innego człowieka i na jego wyraźne świadome życzenie (np. w przypadku eutanazji). Ideologia nie ma natomiast prawa wywierać nacisku na przepisy. Nie argumentuję więc ideologicznie ani etycznie – nie uzasadniam swojego stanowiska, twierdząc, że życie jest darem boskim i należy je chronić i tp. Ja po prostu stwierdzam, że po zapłodnieniu – o ile ciąża nie zagraża życiu matki ani nie była wynikiem gwałtu – kończy się wpływ matki na swoje macierzyństwo! Stało się, doszło do zapłodnienia, koniec! Trzeba było myśleć przed a nie po!

W przypadku Alicji Tysiąc Trybunał w Strasburgu wydał wyrok zgodny z prawem polskim, kwestionowanie go przez LPR jest przejawem nieznajomości prawa przez Romana Giertycha – skądinąd prawnika. Prof. Religa również orzekł, że odmowa prawa do aborcji była w tym przypadku niezgodna z prawem. Ok., akceptujmy wyroki sądów nawet jeśli są nie po naszej myśli. Najważniejsze, że dziecko urodziło się zdrowe, jak twierdzi matka – kochane (chociaż tutaj miałbym wątpliwości).

Podsumowując, każdy człowiek ma prawo do decydowania o swoim losie – w przypadku macierzyństwa jest to prawo do ANTYKONCEPCJI (która powinna być propagowana w szkołach – brak tego elementu edukacji seksualnej uważam za jedno z największych zaniedbań polskiego szkolnictwa pod wodzą Giertycha), w przypadku własnego życia – do EUTANAZJI. Prawo jednostki ograniczam więc do decydowania o SOBIE a nie o życiu dziecka, które nosi się w macicy. Jedynie gdy do zapłodnienia doszło bez zgody matki lub przy jej NIEŚWIADOMOŚCI (o czym mowy nie ma w przypadku Alicji Tysiąc) co do negatywnych następstw ciąży dla jej zdrowia lub życia – dopuszczałbym aborcję.

Pisząc o decydowaniu o SOBIE, pragnę niniejszym zmieszać z błotem posła Pawłowskiego (LPR, a jakże!), który oświadczył, że dla niego życie dziecka jest cenniejsze niż matki. Poseł Pawłowski nigdy nie będzie w ciąży, więc niech uprzejmie raczy nie bredzić, bo nie ma prawa osądzać, czyje życie jest ważniejsze. Ciekaw jestem, co na tę wypowiedź powiedziałaby żona posła?

Jarosław Orłowski

Dziękuję, Generale!

Posted December 13, 2006 by
Categories: Niecodzienności

gen. Wojciech Jaruzelski ogłasza wprowadzenie stanu wojennego, 13.12.1981
25 lat temu wprowadzono w Polsce stan wojenny – o tym wie dziś chyba każdy, kto włącza telewizor, radio czy otwiera gazetę. Minęło ćwierć wieku, żyjemy w zupełnie innej Polsce. W Polsce, która jest państwem demokratycznym, dzięki czemu obywatele mogą wypowiedzieć swoje zdanie o słuszności decyzji gen. Jaruzelskiego. Nieprzerwanie od kilkunastu lat, zdecydowana większość Polaków (ponad 40%, wobec ok. 20% „przeciw” i ok. 30% „niezdecydowanych”) uważa tamtą decyzję za słuszną. Ja również do nich należę.

Mimo to, prawicowcy dziś najchętniej powiesiliby generała. Słyszymy bełkot o degradacji, o odebraniu przywilejów prezydenckich, emerytury, ochrony. Najzabawniejsze, że mówią to najczęściej ci, którzy nie mieli wtedy dość odwagi, by cokolwiek zrobić. Ci, którzy na własnej skórze doświadczyli więzień – jak Adam Michnik – potrafią docenić decyzję o „mniejszym złu”, wznieść się ponad podziały i spojrzeć na ówczesne wydarzenia nie z perspektywy zakutych prawicowych móżdżków, ale przez pryzmat własnych doświadczeń.

Historycy twierdzą, że to nie prawda, jakoby radzieckie czołgi były w 1981 r. gotowe do planowanej akcji pacyfikacji solidarnościowego zrywu. Zgoda, ale wiemy to po 25 latach! Wyjątkowo nie lubię posługiwania się porównywaniem liczby ofiar w dokonywaniu ocen moralnych, ale czymże jest kilkadziesiąt istniej ludzkich wobec potencjalnych tysięcy ofiar, gdyby ZSRR uznał, że jednak trzeba wkroczyć? To, że mogło do tego dojść, jest pewne – mówi o tym nawet autorytet uważany za prawicowy, prof. Zbigniew Brzeziński! Gdyby sytuacja w Polsce nie została uspokojona trudną, odważną i wiążącą się z ofiarami w ludziach, ale konieczną decyzją o wprowadzeniu stanu wojennego, jestem pewien, że Związek Radziecki długo nie czekałby na rozwiązanie siłowe!

Polacy dokonali niemal bezkrwawego (porównując to z podobnymi przełomami w państwach za naszą południową granicą) przejścia od komunizmu do demokracji, od dyktatury do wolności. Bądźmy z tego dumni i potrafmy to docenić! Jest to zasługa nie tylko bohaterów „Solidarności”, ale również komunistów, którzy w końcowej rozgrywce okazali się także być ludźmi, Polakami, patriotami i pokojowo oddali władzę, godząc się ze swoją porażką! Gdyby byli „moskiewskimi aparatczykami”, jak nazywają ich prawicowe oszołomy, starczyłby jeden ich telefon i sytuacja w Polsce zostałaby rozwiązana w ciągu kilku dni za pomocą radzieckiej armii.

Najbardziej paranoiczną postawę reprezentują prawicowcy, dla których Augusto Pinochet uznany za ludobójcę przez społeczność międzynarodową, mający na swoim sumieniu ponad 3000 ofiar (torturowanych i mordowanych, a nie internowanych na kilka miesięcy!) – jest wzorem do naśladowania, a jednocześnie gen. Jaruzelskiego uznają za zbrodniarza (czy gdziekolwiek na świecie słyszeliście kiedyś głosy nawołujące do postawienia gen. Jaruzelskiego przed jakimkolwiek międzynarodowym trybunałem?!). Nie mogę znieść sytuacji, w której drugą osobą w moim kraju jest Marek Jurek, który odwiedzał Augusto Pinocheta wspólnie z Michałem Kamińskim (również PiS-iorem), solidaryzując się z mordercą! Tak dalece posunięty relatywizm moralny sprawia, że partia rządząca nie ma prawa krytykować polskich komunistów tylko dlatego, że byli komunistami, skoro wielbi prawicowych zbrodniarzy tylko dlatego, że byli prawicowcami. Dla mnie są to po prostu ludzie, osadzeni w konkretnych warunkach geopolitycznych, postawieni przed konkretnymi wyzwaniami.

Spróbujmy sobie wyobrazić, jakie konsekwencje miałaby radziecka interwencja militarna. Czy wtedy prawicowcy wypominaliby dziś gen. Jaruzelskiemu, że powinien był wprowadzić stan wojenny? Z pewnością, ponieważ o wiele łatwiej jest bezmyślnie krytykować „komuchów”, niż postawić się na miejscu człowieka stojącego przed wyborem pomiędzy mniejszym a większym złem!

Ale to niestety jest zbytnia abstrakcja jak na horyzonty myślowe piewców IV RP. Nawet nie łudzę się, że zdobędą się kiedyś na odrobinę honoru i uznają decyzję gen. Jaruzelskiego za konieczną. Niech tkwią sobie w swoim idealnym, wyimaginowanym, czarno-białym, komunistyczno-demokratycznym światopoglądzie. Społeczeństwo na szczęście – o czym świadczą sondaże – ma własny rozum i nie daje się ogłupiać prawicowej propagandzie.

Jarosław Orłowski

Honor Polski w rękach Warszawiaków!

Posted November 23, 2006 by
Categories: Niecodzienności

Mam z Warszawą niewiele wspólnego. Co prawda mieszka tam moja ciotka, ale na tym kończą się moje więzy rodzinne ze stolicą. Co prawda inna moja ciotka, badająca genealogię rodu Orłowskich, doszła do wniosku, że kilka pokoleń temu wyemigrowaliśmy z Piaseczna.
Byłem w Warszawie kilka razy, w tym w Sejmie i Senacie, widziałem nawet łysinę Leppera z sejmowych tarasów nad salą obrad. Mimo tak słabych związków z miastem Warsa i Sawy, czuję się dziś Warszawiakiem.

Po pierwsze dlatego, że mam ogromny szacunek dla mieszkańców tego pięknego miasta za to, że obdarzyli posła Wierzejskiego poparciem 0,03%, o połowę mniejszym niż kandydata wystawionego przez Komitet Wyborczy Gamoni i Krasnoludków. Dzięki temu zapomniałem już Warszawiakom, że przed rokiem jednak (choć „na styk”, niewielką przewagą głosów) wprowadzili do Sejmu Największego Polskiego Polityka. Z tej okazji, po raz pierwszy w życiu, postanowiłem nawet zaproponować swój podpis w cyklu konkursowym tygodnika „Polityka” w dziale „Ludzie z aparatu”, pod zdjęciem Wojciecha Wierzejskiego, posła Ligi Polskich Rodzin. Ku memu miłemu zaskoczeniu, tygodnik wybrał właśnie mój komentarz do fotki głupkowato uśmiechniętego Wierzeja, drapiącego się po głowie („Polityka” nr. 47 (2581) s. 108), który brzmiał: „Trzy promile poszły w głowę”. Tyle bowiem uzyskał kandydat LPR w wyborach na prezydenta stolicy i – sądząc po jego wypowiedziach, interpretujących ten wynik jako zwycięstwo – te trzy promile nie pozostały bez wpływu na trzeźwość umysłu posła.

Pomińmy jednak mój osobisty sukces dziennikarski (publikację na łamach najbardziej poczytnego tygodnika w Polsce – co prawda było to tylko jedno zdanie, ale nie od razu Rydzyk Radio Ma Ryja zbudował), bo nie o tym chciałem pisać.

Drugim powodem, dla którego w tych dniach utożsamiam się z Warszawiakami, jest to, że właśnie w tym mieście rozegra się najbardziej prestiżowa rywalizacja wyborcza, bardziej nawet niż ogólne wybory do rad gmin i powiatów – tam bowiem głosy mieszkańców Włoszczowej czy Klewek liczą się na równi z głosami Krakowian czy Łodzian. Teraz natomiast mamy sytuację, w której elita narodu – największe, najbogatsze i w ogóle naj, naj, naj… miasto Polski – ma szansę wypowiedzieć się w imieniu ludzi, dla których III RP coś znaczy. Ma szansę pokazać bliźniakom, gdzie kaczki zimują.

Marek Borowski odpadł, uzyskując niespodziewanie wysoki wynik dwucyfrowy. Kazimierz Marcinkiewicz okazał się specem od public relations i w pierwszej turze przyćmił wieloletnie prezesowanie NBP, wiceprezesowanie EBOiR, denominację złotego, stabilizację polskiej waluty oraz wiele innych zasług Hanny Gronkiewicz-Waltz.

Wszyscy trzej kandydaci - wbrew podobieństwu, jakie Hania i Kaziu próbowali wykazać względem Marka Borowskiego, gdy przeszli do drugiej tury – znacznie się różnią.
W skrócie można to opisać tak: Marek Borowski nie obiecuje, ale działa. Kazimierz Marcinkiewicz obiecuje, ale nie działa. Hanna Gronkiewicz-Waltz natomiast i obiecuje (co widać i słychać), i działa (czego dowodów w ciągu minionych kilkunastu lat dostarczyła chyba wystarczająco dużo). Na szczęście ten, który ani nie działał, ani nawet nie obiecywał (mierny, bierny, ale wierny „Panu Prezesowi”), nie mógł zostać ponownie prezydentem stolicy, bo nie można łączyć tej funkcji ze stanowiskiem prezydenta IV RP.

Szczerze mówiąc, gdyby Hanna Gronkiewicz -Waltz i Kazimierz Marcinkiewicz mieli równy dorobek publiczny (np. oboje po roku premierowania krajowi), musiałbym zagłosować na kandydata PiS. Szczerze odpowiadam: Marcinkiewicz w debatach publicznych wychodzi zdecydowanie lepiej od Hanny Gronkiewicz-Waltz. Rzucając „kwitami” przed nos komisarza stolicy u Tomasza Lisa, pani poseł mogła zrobić wrażenie na elektoracie Samoobrony, ale nie na mnie. Pewnie zaimponowała Krzysztofowi Kononowiczowi, ale mogła zrazić Wojciecha Mazowieckiego.

Na szczęście sytuacja wygląda zgoła inaczej – wiemy, co potrafi naobiecywać Marcinkiewicz i wiemy, co potrafi wykonać Gronkiewicz-Waltz. Szanuję to, że Marek Borowski nie wskazał swemu elektoratowi swego kandydata, bo na szczęście umiemy sami wyrobić sobie na ten temat opinię. Nie jestem słuchaczem „Radia Ma Ryja”, któremu Ojciec Dyktator musi dokładnie powiedzieć, przy którym nazwisku postawić krzyżyk, a przy którym gwiazdę Dawida lub masoński trójkąt ze wszechwidzącym okiem.

Hanna Gronkiewicz-Waltz, zostając prezydentem stolicy, pokazałaby całemu światu, że Polska nie jest wcale takim patriarchalnym ciemnogrodem, jakim chcieliby ją uczynić skrajnie prawicowi szaleńcy. Pokazałaby, że – nie licząc prezydenta i premiera – Polska jest otwartym, demokratycznym, nowoczesnym państwem europejskim, w którym nie liczy się płeć kandydata, lecz jego kompetencje. Warszawiacy pokazaliby, że brak równouprawnienia jest domeną prawicowych elit a nie oświeconego, polskiego społeczeństwa.

Kazimierz Marcinkiewicz byłby natomiast świetnym rzecznikiem prasowym prezydenta Gronkiewicz-Waltz. Poważnie. Na to stanowisko jego kwalifikacje i doświadczenie we wciskaniu „ciemnemu ludowi”, że „białe jest czarne” a „czarne jest białe”, byłyby odpowiednie.
Nie marzę o zwycięstwie posłanki Hanki dlatego, żebym tak strasznie kochał PO. Przeciwnie, po ostatnim idiotycznym zachowaniu Jana Rokity, popierającego – wbrew całej partii – kandydata PiS na prezydenta Krakowa, mam do Platformersów coraz mniej sympatii (choć Rokita zawsze był dla mnie przykładem przerostu formy nad treścią - obycie, kultura, ale kompletna pustka w środku). O zwycięstwo Jacka Majchrowskiego w Krakowie jestem jednak spokojny – bije na głowę Ryszarda Terleckiego z PiS. Prawicowym krakowianom nie przeszkadza to, że prof. Majchrowski jest popierany przez „postkomunistów”, lewaków i homoseksualistów. Jest po prostu najlepszym kandydatem na ten urząd i dlatego wygra. Co innego posłanka Izabela Sierakowska, która do drugiej tury wyborów w na prezydenta Lublina weszła ku swemu wielkiemu zaskoczeniu. Chociaż mam do niej sympatię i wspólne z nią zdjęcie, nie potrafię poprzeć kogoś, kto wystartował na to stanowisko dlatego, bo partia uznała go za popularną twarz. Tutaj potrzeba jeszcze wizji, planów, wiedzy, doświadczenia. Idealny „pi ar” Marcinkiewicza czy wdzięk Sierakowskiej to za mało (choć przyznać muszę, że kandydatka Lewicy i Demokratów zrobiła na mnie spore wrażenie, dając Giertychowi wycisk w debacie „Co z tą Polską?”). Iza doskonale umie wytknąć błędy, szkoda tylko, że z zakłopotaniem rozkłada ręce, pytana o wizję swojej prezydentury Lublina.

Gdyby Hanna Gronkiewicz-Waltz była z PiS a Marcinkiewicz z PO, i tak zagłosowałbym na Hanię. Wybory samorządowe są bowiem wyborami osobowości, a nie partii. Która partia ma więcej fachowców w swoich szeregach, ta wygrywa. Dlatego też liczę na sukces PO, bo PiS jest kompletnie pozbawione kompetentnych osób – od roku nie potrafi znaleźć odpowiedniej osoby na stanowisko ambasadorów w Londynie, Brukseli i wielu innych Europejskich i światowych miastach, pomijając już to, że na urząd prezydenta i premiera wystawiło osobników skrajnie niekompetentnych i niezdolnych do budowania czegokolwiek, prócz atmosfery wszechogarniającego zła i nienawiści do każdego, kto odważy się dostrzec, że IV RP nie jest niczym więcej niż przypudrowanym średniowieczem. Szkoda pisać o pani Minister Spraw Zagranicznych, bo gdy tylko pomyślę o Annie Fotydze, mam odruch wymiotny i jednocześnie chcę się schować do mysiej dziury ze wstydu, że taka idiotka reprezentuje mój kraj na arenie międzynarodowej. Nawet Kononowicz jest na jej tle uosobieniem kompetencji (przynajmniej zna języki – Białoruski i Rosyjski, gorzej co prawda z Polskim, ale w końcu szef dyplomacji wcale nie musi odzywać się po Polsku - czego dowodem wyżej wymieniona pani minister, która unika komentowania czegokolwiek).

Szkoda, że nie jestem Warszawiakiem i nie mogę głosować. W Sanoku (gdzie jestem zameldowany) w niedzielę też mnie nie będzie a pani w Urzędzie Miasta (prawdopodobnie inspirowana przez „układ”) zapytana, czy mogę głosować poza miejscem zameldowania, jeśli wcześniej to zgłoszę, odpowiedziała, że nie. Gdy się zorientowałem, że wprowadziła mnie w błąd, termin składania takich wniosków minął. Ciekawe, czy można pozwać urzędnika za ograniczanie praw obywatelskich? Eh, gdybym miał to nagrane… trudno, pozostaje mi liczyć na to, że – pomimo braku mojego głosu – PiSiory nie zaleją wszystkich Polskich województw, miast i wsi „miernymi, ale wiernymi”.

Warszawiacy, liczę na Was! Honor Polaków leży w Waszych głosach!

Jarosław Orłowski

Powstrzymać Izrael !!!

Posted August 7, 2006 by
Categories: Niecodzienności

Izraelska Armia w ciągu niespełna miesiąca zamordowała ponad 1000 libańskich cywilów. 1/3 ofiar to dzieci poniżej 12 roku życia. Dla porównania, w wyniku libańskich bombardowań z rąk Hezbollahu zginęło około 100 Żydów.

Jak długo jeszcze świat będzie patrzył na zbrodnię, dokonywaną przez Izrael? Czy niszczenie infrastruktury cywilizowanego państwa i zabijanie cywilów w niepodległym, jak na standardy bliskowschodnie – wyjątkowo demokratycznym – kraju, ujdzie płazem państwu, któremu Hezbollah porwał kilku żołnierzy?!

Tłumaczenia Izraela, że Liban musi zostać zniszczony, bo ukrywa się w nim grupa terrorystów, jest obłudą. Na tej samej zasadzie USA mogłyby zbombardować Berlin w 2001 roku, bowiem stamtąd pochodziła większość terrorystów, którzy 11 września zaatakowali amerykańskich cywilów. W XXI wieku, po dwóch wojnach światowych, cywilizowany świat wypracował już dawno dyplomatyczne metody rozwiązywania takich konfliktów. Jak widać, Izrael zrezygnował z miana „cywilizowanego państwa”, stosując terrorystyczne metody przeciwnika z dziesięciokrotnie większą siłą. Stał się Hezbollahem posiadającym poparcie międzynarodowej społeczności. Jest to postępowanie godne potępienia i wymagające zdecydowanych środków zapobiegawczych.

Od kilku dni rezolucja w sprawie konfliktu Izraelsko-Libańskiego jest gotowa. Uzgodniły ją ostatecznie USA i Francja. Głosowanie nad tym dokumentem jest jednak ciągle przekładane. Jak głosi jego treść, Izrael uzyska prawomocne upoważnienie ONZ do „obrony przed Hezbollahem”. Jak taka „obrona” ma być rozumiana? Chyba nie muszę tłumaczyć. Oczywiście działania „obronne” pozwolą Izraelowi zbombardować każdy kraj, w którym pojawią się członkowie Hezbollahu.

Izrael nie zgadza się na przerwanie ognia i dopuszczenie pomocy humanitarnej do rejonów przez siebie bombardowanych. Błagają o to organizacje międzynarodowe. Nie zgadza się też na opuszczenie Libanu i wpuszczenie tam w zamian międzynarodowych sił pokojowych, co byłoby rozwiązaniem najrozsądniejszym. Siły międzynarodowe powinny oczywiście opanować nie tylko Liban, lecz również Izrael, umożliwiając wreszcie Palestyńczykom stworzenie pokojowego państwa – być może bezbronnego, tak, jak to miało miejsce przed pięćdziesięcioma laty, gdy USA zaprzestały wojny z Japonią, w zamian za co Japonia w swej konstytucji zrzekła się prawa do posiadania sił zbrojnych. Nie posiada ich do dziś i nie jest przez to przez to bynajmniej krajem zacofanym.

Jeśli rezolucja zostanie uchwalona w takim kształcie, będzie to pożywką nie tylko dla rzeszy antysemitów, tylko czyhających na tak łakome kąski, by uprawomocnić swoje poglądy budowane na nienawiści rasowej. Kocham kulturę żydowską, szczególnie muzykę, i zawsze piętnowałem w Niecodzienniku PRAWDZIWY antysemityzm, ale aktualne postępowanie izraelskiej armii wzmaga we mnie ogromną wściekłość. Żydzi, którym świat zawsze współczuł, widząc w telewizji autobus wysadzony przez palestyńskich terrorystów, stali się teraz narodem bezdusznym, uznającym, że z powodu zbrodni dokonanych na nim przed pięćdziesięcioma laty, ma on teraz prawo bombardować dowolny kraj tłumacząc to „obroną”. Izrael musi przestać być traktowany jak święta krowa. Holocaust dawno się skończył. Dziś mamy do czynienia ze zbrodnią ludobójstwa, dokonywaną przez Izrael.

W obliczu tych wydarzeń tworzy się nowy rodzaj pogardy dla Żydów. Uczucia, które podzielają ludzie tacy, jak ja – tolerancyjni, pokojowo nastawieni do każdego, kto wyrzeknie się przemocy na rzecz dialogu, otwarci na inne poglądy. I nie ma to nic wspólnego z antysemityzmem!

przerwa wakacyjna

Posted July 19, 2006 by
Categories: Niecodzienności

Z powodu wakacji, przez najbliższe tygodnie mogą się Państwo delektować  wcześniejszymi artykułami na Niecodzienniku. Nowe pojawią się, gdy wrócę z letnich podróży :)

Życzę wszystkim, aby rządzący politycy choć przez te dwa wakacyjne miesiące dali nam od siebie odetchnąć.

Jarosław Orłowski

miłośnik dyktatorów, wyznawca faszyzmu

Posted July 5, 2006 by
Categories: Niecodzienności

Profesor Maciej Giertych (prywatnie - ojciec Romana) od zawsze pałał miłością do dyktatorów. W latach komunizmu był przydupasem generała Jaruzelskiego. Wtedy był zwykłym tchórzem - gdy inni walczyli o wolność, Giertych senior nosił teczkę za generałem. Może się mylę - jeśli tak, znaczyłoby to, że Maciej Giertych po prostu lubił komunizm, dopóki mógł czerpać z niego profity. Gdy Polska stała się demokratyczna, profesor Giertych umiał sobie w niej znaleźć cieplutkie miejsce czołowego antykomunisty.

Dziś - gdy nie ma już komunizmu, profesor z lubością go zwalcza. To doprawdy wyjątkowy heroizm. W swych paranoicznych wypowiedziach europoseł LPR posunął się ostatnio do pochwał hiszpańskiego dyktatora Francisco Franco, czym wprawił w osłupienie cały Parlament Europejski i światową opinię publiczną:

“Dzięki generałowi Francisco Franco zamach komunistyczny na katolicką Hiszpanię został udaremniony”

Jak twierdzi profesor, zbrodnie generała są usprawiedliwione, bowiem w tych czasach:

“Bezczeszczono kościoły, strzelano do przydrożnych krzyży i figur świętych”.

Czy jest to esencja etyki katolickiej, lansowanej przez Giertychów? Zabić ludzi za to, że zniszczyli dwie skrzyżowane deseczki czy gliniany posąg?!

To tak, jakby tęsknić za Hitlerem, bo dzięki niemu Niemcy mieli pod dostatkiem ludzkiego mydła. Na takie poglądy w wolnym, demokratycznym świecie, gdzie od dziesiątek lat nie zabija się ludzi za poglądy (oczywiście za wyjątkiem nielicznych, dyktatorskich państw jak Korea Północna czy Białoruś), nie ma miejsca.

Francisco Franco y Bahamonde w ubiegłym wieku, prowadząc antykomunistyczną krucjatę, wymordował setki tysięcy swych rodaków. Do dziś jest uważany za jednego z największych zbrodniarzy w dziejach ludzkości. Różnił się od Hitlera jedynie liczbą zabitej ludności, lecz z pewnością nie okrucieństwem. Za czasów jego rządów przesłuchiwania “podejrzanych” (o poglądy lewicowe) polegały na torturach, zawsze skutecznych. Kto nie przyzna się, że jest komunistą, gdy będzie się go o to pytało do skutku, ciągle go torturując? W takich okolicznościach nawet papież przyznałby się, że jest szatanem!
Popis głupoty profesora Giertycha zbiegł się w czasie ze wczorajszymi decyzjami ministra Romana Giertycha, który pousuwał z ministerstwa portrety swoich PRL-owskich poprzedników. Razem z nimi powinien wyrzucić swoje świadectwa szkolne, licealne, maturalne, dyplomy magisterskie. Wszystkie te dokumenty zdobył przecież dzięki komunistycznej edukacji.

Najbardziej przerażający jest fakt, że syn miłośnika faszysty Franco - Roman Giertych - sprawuje pieczę nad edukacją polskiej młodzieży! A co do tego, że poglądy seniora i juniora całkowicie się ze sobą pokrywają, obaj panowie są zgodni. Niedaleko pada jabłko od jabłoni.