NIECODZIENNIK.com

cała prawda i jeszcze trochę

Archiwum z kwiecień, 2006

Leppianka

Opublikował/a JAO w dniu kwiecień 14, 2006

Marzenia Andrzeja Leppera zaczynają się spełniać. Staranna i długotrwała metamorfoza przemieniła tego przestępcę z ulicznego zadymiarza w poważnego polityka. Wczoraj przywódca Samoobrony uzgodnił z władzami PiS warunki koalicji rządowej.

W wyniku tych uzgodnień, Lech Kaczyński ogłosił z dumą: „Polacy mają wreszcie to, na co czekali – większościowy rząd”.

W powyższej wypowiedzi prezesowi PiS udało się zawrzeć jedną prawdziwą informację: „Polacy”. Reszta zdania nie świadczy najlepiej o kondycji umysłowej prezesa  – „mają wreszcie to, na co czekali” oznacza bowiem, że według Jarosława Kaczyńskiego marzyliśmy o wicepremierze Lepperze, tymczasem takie marzenia mogło mieć co najwyżej 5,5 % wyborców (tyle mniej-więcej, przy 50% frekwencji, głosowało na Samoobronę). 
Druga część zdania – „większościowy rząd” – podważa matematyczne zdolności Jarosława K. W tych dwóch wyrazach najgenialniejszy polski polityk zawarł dwie nieprawdy – „większościowy” (Pis i Samoobrona, jak by nie liczyć, nie mają razem większości w Sejmie) i „rząd” (PiS i Samoobrona nie zawarły jeszcze koalicji rządowej – na razie mamy tylko deklarację, że do niej dojdzie). Radość prezesa Kaczyńskiego może więc świadczyć o, genetycznie uwarunkowanej, skłonności do nie czytania tego co się podpisuje. Lech Kaczyński nieświadomie nadał order gen. Jaruzelskiemu, jego brat – podpisał deklarację programową sądząc, że podpisuje umowę koalicyjną, w dodatku z większą partią niż w rzeczywistości.
U owym dokumencie zawarto stwierdzenie, że w rządzie nie mogą się znaleźć osoby karane za przestępstwa… kryminalne. Lepper co prawda przewodził linczowi, ale nie uznano tego za takowe przestępstwo, więc mulacik może wejść do rządu.

Mamy więc SamoPis, ale to nie wystarczy do rządzenia. Być może przewodniczący Kaczyński przeczyta co podpisał i wkrótce zorientuje się, że nie zawarł wcale koalicji większościowej. Co bystrzejsi politycy PiS (zdarzają się tacy, wbrew pozorom) wiedzą o tym i już szukają „tego trzeciego”.

Liga Pupilków Romana nie jest zbytnio napalona na PiSiorów. Dokładniej mówiąc – Największy Polski Polityk nie ma na to ochoty, natomiast kilku jego współtowarzyszy – pod nieobecność przewodniczącego w Polsce – samowolnie podjęło inicjatywę rozmów z PiSem. Jeśli efekty okażą się zadowalające dla LPR, cała partia wejdzie do koalicji. Jeśli tak się nie stanie, ligowi buntownicy zapowiadają posłuszeństwo i pozostanie w LPR.

PSL natomiast gra na zwłokę, wyznając zasadę „im dłużej będziemy się ociągać z decyzją, tym więcej wytargujemy”. Czy PISowi starczy cierpliwości w oczekiwaniu na decyzję ludowców, czy też Kaczyński zdecyduje się przekupić PSL np. stanowiskiem marszałka sejmu – przekonamy się wkrótce.

Andrzej Lepper udowodnił, że jogo partia jest całkowicie bezideowa. Wódz Samoobrony zrezygnował całkowicie z własnego programu, byleby tylko być wicepremiera i zdobyć „stołki” dla swoich ludzi. Może to być metodą na udobruchanie samoobrończyków, którzy coraz liczniej opuszczają partię Leppera, lecz z pewnością nie będzie to metoda na wzrost notowań dla tej partii wśród wyborców.

Pomijając całą moją niechęć i obrzydzenie do LPR, przyznać trzeba, że w przypadku Giertycha o bezideowości nie może być mowy. Wódz LPR nie dba o sondaże czy też poparcie dla swoich działań we własnym klubie, lecz robi wszystko, by postawić na swoim i móc realizować program z jakim LPR szła do wyborów. Przy całej szkodliwości owego programu, determinacja Romana Giertycha w jego realizacji dobrze świadczy o Romanie Giertychu. Prawdopodobne, że takie postępowanie zwiększy jego elektorat.

Jeśli PSL nie wejdzie do rządu, pozycja Leppera stanie się rozpaczliwa – poza stołkiem wicepremiera i ministra czegośtam, nie będzie miał zbyt wiele prócz zadowolenia swoich posłów – wiceministrów. Samoobrona, od swego wejścia do Sejmu, skutecznie przejmowała ludowy elektorat PSL. Teraz może stać się odwrotnie – to ludowcy zyskają sobie poparcie wyborców, krytykując bezradność Leppera w nowym rządzie. Z pozycji opozycji PSL może więc ugrać o wiele więcej, niż będąc w koalicji, w której ludowcy i tak –przy tak małym klubie parlamentarnym – nic by nie mieli do powiedzenia.

Co będzie dalej? Przypuszczam, że możliwe są dwa scenariusze. Albo PiS i Samoobrona nie znajdą „tego trzeciego” i jeszcze przed wakacjami czekają nas nowe wybory, albo też rządowa koalicja trzech partii zakończy się wyborami na jesieni. W tym drugim scenariuszu efektem, moim zdaniem, byłoby zwycięstwo PO. W przyszłej kadencji prognozuję koalicją PO-SLD a,być może (jeśli PSL nie wejdzie teraz do rządu a zrobi to LPR i jeśli PSL znajdzie się w nowym parlamencie, co – przy odpływie elektoratu Samoobrony – jest niemal pewne) PO-SLD-PSL. Należy też pamiętać, że SLD na pewno do kolejnych wyborów pójdzie razem z SDPL i UP, więc w owej koalicji znaleźć się może aż 5 partii (w tym trzy lewicowe: SLD-SDPL-UP). Plan maksimum, aczkolwiek mniej prawdopodobny, może zawierać również Partię Demokratyczną jako koalicjantkę, jeśli i ta partia znajdzie się w sejmie za sprawą wspólnego wyborczego startu z lewicą (co nie jest wykluczone).

Powyższy scenariusz jest być może naiwny, ale chcę w niego wierzyć. Musi się spełnić, ponieważ,  gorzej niż obecnie, już być w polskiej polityce  nie może. Wicepremier Lepper wyczerpuje realne zagrożenie dla Polski. No chyba, że wicepremierem zostanie również Roman Giertych – a, jak wiemy, nieszczęścia lubią chodzić parami. Bliźniacze nieszczęście u władzy to jednak chyba wystarczająca krzywda dla Polski. Obyśmy umieli wyciąnąć  z niej wnioski podczas kolejnych wyborów.
Jarosław Orłowski

Opublikowany w Niecodzienności | Komentarzy: 2 »

Autorytet genetyczny

Opublikował/a JAO w dniu kwiecień 8, 2006

Dwa dni temu mieliśmy głosowanie o samorozwiązanie sejmu. Poprzedzająca je debata odbyła się w języku dialogu, bez zbędnych napięć – pewnie dzięki wymianie listów między Tuskiem a Kaczyńskim (dzień wcześniej przewodniczący PO wysłał list do przewodniczącego PiS, w którym nawołuje do pojednania). Sejm jak był, tak i jest – głosy Pis i SLD (koalicja, jakiej Prawo i Sprawiedliwość będzie się pewnie wstydziło do końca świata) nie wystarczyły, by go rozwiązać.

Co w tym czasie robił prezydent? Był w Iraku. Nie sam – zabrał kogoś, którego obecność była tam niezmiernie ważna – przewodniczącą KRRiT, panią Elżbietę Kruk. Jako kto pojechała? Jak twierdził prezydent, jako znajoma i dawny doradca w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego (tę funkcję pani Kruk pełniła na początku lat 90.). Jak twierdzi sama zainteresowana, by poznać możliwości medialne i ewentualną rozbudowę infrastruktury radiowo-telewizyjnej w Iraku.

Ciekawe, co na tak mętne tłumaczenia, powie żona prezydenta…

W czasie, gdy pani przewodnicząca zdobywała opaleniznę wśród przystojnych Beduinów, w Polsce publicysta Radia Maryja nazwał holocaust żydowskim „przedsiebiorstwem”, na co ostro zareagował ostatni żyjący przywódca powstania w getcie warszawskim – Marek Edelman, domagający się od władz polskich rozwiązania stacji. Gdybym był złośliwy, zasugerowałbym, że przewodnicząca KRRiT wiedziała o szykującym się, antysemickim felietonie radiomaryjnym i specjalnie uciekła do ciepłych krajów, by nie musieć obciążyć stacji Rydzykowej kilkumilionową karą. Ale złośliwy nie jestem.

Nieco oddalam się do tytułu tego artykuł – jakim miał być prezydent. Nie tak dawno władze PiS ogłaszały, że preferują na samorządowych listach wyborczych „genetycznych patriotów”. Zastanówmy się więc, czy autorytet również jest genetyczny? Sądząc po zachowaniach prezydenta, musi on wychodzić z takiego założenia. Milczy w sprawie kryzysy w Sejmie, nie składa żadnych inicjatyw ustawodawczych (co obiecywał), nie wygłasza przemówień w Sejmie w ważnych sprawach (co obiecywał), krótko mówiąc – kompletnie nie angażuje się w sprawy wewnętrzne naszego kraju (chociaż za to najbardziej krytykował prezydenta Kwaśniewskiego). Kaczyński sądzi, że jego funkcja jest autorytetem samym w sobie i z taką myślą parł do wyborczego zwycięstwa – zostanę prezydentem a potem się zobaczy, tam polecę, tu uścisnę dłoń i jakoś to będzie (z tymi uściskami to chyba przesadziłem, bo refleksem nasz Wódz Narodu nie grzeszy).

Na razie prezydent jest podwładnym swojego brata, Nadprezydenta i zarazem Nadpremiera – Jarosława Kaczyńskiego. Pora się obudzić, panie prezydencie! Najwyższy czas poważnie potraktować swój urząd! Czy zbyt wiele wymagam?

Jarosław Orłowski

Opublikowany w Niecodzienności | Zostaw Komentarz »