NIECODZIENNIK.com

cała prawda i jeszcze trochę

Archiwum z listopad, 2006

Honor Polski w rękach Warszawiaków!

Opublikował/a JAO w dniu listopad 23, 2006

Mam z Warszawą niewiele wspólnego. Co prawda mieszka tam moja ciotka, ale na tym kończą się moje więzy rodzinne ze stolicą. Co prawda inna moja ciotka, badająca genealogię rodu Orłowskich, doszła do wniosku, że kilka pokoleń temu wyemigrowaliśmy z Piaseczna.
Byłem w Warszawie kilka razy, w tym w Sejmie i Senacie, widziałem nawet łysinę Leppera z sejmowych tarasów nad salą obrad. Mimo tak słabych związków z miastem Warsa i Sawy, czuję się dziś Warszawiakiem.

Po pierwsze dlatego, że mam ogromny szacunek dla mieszkańców tego pięknego miasta za to, że obdarzyli posła Wierzejskiego poparciem 0,03%, o połowę mniejszym niż kandydata wystawionego przez Komitet Wyborczy Gamoni i Krasnoludków. Dzięki temu zapomniałem już Warszawiakom, że przed rokiem jednak (choć „na styk”, niewielką przewagą głosów) wprowadzili do Sejmu Największego Polskiego Polityka. Z tej okazji, po raz pierwszy w życiu, postanowiłem nawet zaproponować swój podpis w cyklu konkursowym tygodnika „Polityka” w dziale „Ludzie z aparatu”, pod zdjęciem Wojciecha Wierzejskiego, posła Ligi Polskich Rodzin. Ku memu miłemu zaskoczeniu, tygodnik wybrał właśnie mój komentarz do fotki głupkowato uśmiechniętego Wierzeja, drapiącego się po głowie („Polityka” nr. 47 (2581) s. 108), który brzmiał: „Trzy promile poszły w głowę”. Tyle bowiem uzyskał kandydat LPR w wyborach na prezydenta stolicy i – sądząc po jego wypowiedziach, interpretujących ten wynik jako zwycięstwo – te trzy promile nie pozostały bez wpływu na trzeźwość umysłu posła.

Pomińmy jednak mój osobisty sukces dziennikarski (publikację na łamach najbardziej poczytnego tygodnika w Polsce – co prawda było to tylko jedno zdanie, ale nie od razu Rydzyk Radio Ma Ryja zbudował), bo nie o tym chciałem pisać.

Drugim powodem, dla którego w tych dniach utożsamiam się z Warszawiakami, jest to, że właśnie w tym mieście rozegra się najbardziej prestiżowa rywalizacja wyborcza, bardziej nawet niż ogólne wybory do rad gmin i powiatów – tam bowiem głosy mieszkańców Włoszczowej czy Klewek liczą się na równi z głosami Krakowian czy Łodzian. Teraz natomiast mamy sytuację, w której elita narodu – największe, najbogatsze i w ogóle naj, naj, naj… miasto Polski – ma szansę wypowiedzieć się w imieniu ludzi, dla których III RP coś znaczy. Ma szansę pokazać bliźniakom, gdzie kaczki zimują.

Marek Borowski odpadł, uzyskując niespodziewanie wysoki wynik dwucyfrowy. Kazimierz Marcinkiewicz okazał się specem od public relations i w pierwszej turze przyćmił wieloletnie prezesowanie NBP, wiceprezesowanie EBOiR, denominację złotego, stabilizację polskiej waluty oraz wiele innych zasług Hanny Gronkiewicz-Waltz.

Wszyscy trzej kandydaci – wbrew podobieństwu, jakie Hania i Kaziu próbowali wykazać względem Marka Borowskiego, gdy przeszli do drugiej tury – znacznie się różnią.
W skrócie można to opisać tak: Marek Borowski nie obiecuje, ale działa. Kazimierz Marcinkiewicz obiecuje, ale nie działa. Hanna Gronkiewicz-Waltz natomiast i obiecuje (co widać i słychać), i działa (czego dowodów w ciągu minionych kilkunastu lat dostarczyła chyba wystarczająco dużo). Na szczęście ten, który ani nie działał, ani nawet nie obiecywał (mierny, bierny, ale wierny „Panu Prezesowi”), nie mógł zostać ponownie prezydentem stolicy, bo nie można łączyć tej funkcji ze stanowiskiem prezydenta IV RP.

Szczerze mówiąc, gdyby Hanna Gronkiewicz -Waltz i Kazimierz Marcinkiewicz mieli równy dorobek publiczny (np. oboje po roku premierowania krajowi), musiałbym zagłosować na kandydata PiS. Szczerze odpowiadam: Marcinkiewicz w debatach publicznych wychodzi zdecydowanie lepiej od Hanny Gronkiewicz-Waltz. Rzucając „kwitami” przed nos komisarza stolicy u Tomasza Lisa, pani poseł mogła zrobić wrażenie na elektoracie Samoobrony, ale nie na mnie. Pewnie zaimponowała Krzysztofowi Kononowiczowi, ale mogła zrazić Wojciecha Mazowieckiego.

Na szczęście sytuacja wygląda zgoła inaczej – wiemy, co potrafi naobiecywać Marcinkiewicz i wiemy, co potrafi wykonać Gronkiewicz-Waltz. Szanuję to, że Marek Borowski nie wskazał swemu elektoratowi swego kandydata, bo na szczęście umiemy sami wyrobić sobie na ten temat opinię. Nie jestem słuchaczem „Radia Ma Ryja”, któremu Ojciec Dyktator musi dokładnie powiedzieć, przy którym nazwisku postawić krzyżyk, a przy którym gwiazdę Dawida lub masoński trójkąt ze wszechwidzącym okiem.

Hanna Gronkiewicz-Waltz, zostając prezydentem stolicy, pokazałaby całemu światu, że Polska nie jest wcale takim patriarchalnym ciemnogrodem, jakim chcieliby ją uczynić skrajnie prawicowi szaleńcy. Pokazałaby, że – nie licząc prezydenta i premiera – Polska jest otwartym, demokratycznym, nowoczesnym państwem europejskim, w którym nie liczy się płeć kandydata, lecz jego kompetencje. Warszawiacy pokazaliby, że brak równouprawnienia jest domeną prawicowych elit a nie oświeconego, polskiego społeczeństwa.

Kazimierz Marcinkiewicz byłby natomiast świetnym rzecznikiem prasowym prezydenta Gronkiewicz-Waltz. Poważnie. Na to stanowisko jego kwalifikacje i doświadczenie we wciskaniu „ciemnemu ludowi”, że „białe jest czarne” a „czarne jest białe”, byłyby odpowiednie.
Nie marzę o zwycięstwie posłanki Hanki dlatego, żebym tak strasznie kochał PO. Przeciwnie, po ostatnim idiotycznym zachowaniu Jana Rokity, popierającego – wbrew całej partii – kandydata PiS na prezydenta Krakowa, mam do Platformersów coraz mniej sympatii (choć Rokita zawsze był dla mnie przykładem przerostu formy nad treścią – obycie, kultura, ale kompletna pustka w środku). O zwycięstwo Jacka Majchrowskiego w Krakowie jestem jednak spokojny – bije na głowę Ryszarda Terleckiego z PiS. Prawicowym krakowianom nie przeszkadza to, że prof. Majchrowski jest popierany przez „postkomunistów”, lewaków i homoseksualistów. Jest po prostu najlepszym kandydatem na ten urząd i dlatego wygra. Co innego posłanka Izabela Sierakowska, która do drugiej tury wyborów w na prezydenta Lublina weszła ku swemu wielkiemu zaskoczeniu. Chociaż mam do niej sympatię i wspólne z nią zdjęcie, nie potrafię poprzeć kogoś, kto wystartował na to stanowisko dlatego, bo partia uznała go za popularną twarz. Tutaj potrzeba jeszcze wizji, planów, wiedzy, doświadczenia. Idealny „pi ar” Marcinkiewicza czy wdzięk Sierakowskiej to za mało (choć przyznać muszę, że kandydatka Lewicy i Demokratów zrobiła na mnie spore wrażenie, dając Giertychowi wycisk w debacie „Co z tą Polską?”). Iza doskonale umie wytknąć błędy, szkoda tylko, że z zakłopotaniem rozkłada ręce, pytana o wizję swojej prezydentury Lublina.

Gdyby Hanna Gronkiewicz-Waltz była z PiS a Marcinkiewicz z PO, i tak zagłosowałbym na Hanię. Wybory samorządowe są bowiem wyborami osobowości, a nie partii. Która partia ma więcej fachowców w swoich szeregach, ta wygrywa. Dlatego też liczę na sukces PO, bo PiS jest kompletnie pozbawione kompetentnych osób – od roku nie potrafi znaleźć odpowiedniej osoby na stanowisko ambasadorów w Londynie, Brukseli i wielu innych Europejskich i światowych miastach, pomijając już to, że na urząd prezydenta i premiera wystawiło osobników skrajnie niekompetentnych i niezdolnych do budowania czegokolwiek, prócz atmosfery wszechogarniającego zła i nienawiści do każdego, kto odważy się dostrzec, że IV RP nie jest niczym więcej niż przypudrowanym średniowieczem. Szkoda pisać o pani Minister Spraw Zagranicznych, bo gdy tylko pomyślę o Annie Fotydze, mam odruch wymiotny i jednocześnie chcę się schować do mysiej dziury ze wstydu, że taka idiotka reprezentuje mój kraj na arenie międzynarodowej. Nawet Kononowicz jest na jej tle uosobieniem kompetencji (przynajmniej zna języki – Białoruski i Rosyjski, gorzej co prawda z Polskim, ale w końcu szef dyplomacji wcale nie musi odzywać się po Polsku – czego dowodem wyżej wymieniona pani minister, która unika komentowania czegokolwiek).

Szkoda, że nie jestem Warszawiakiem i nie mogę głosować. W Sanoku (gdzie jestem zameldowany) w niedzielę też mnie nie będzie a pani w Urzędzie Miasta (prawdopodobnie inspirowana przez „układ”) zapytana, czy mogę głosować poza miejscem zameldowania, jeśli wcześniej to zgłoszę, odpowiedziała, że nie. Gdy się zorientowałem, że wprowadziła mnie w błąd, termin składania takich wniosków minął. Ciekawe, czy można pozwać urzędnika za ograniczanie praw obywatelskich? Eh, gdybym miał to nagrane… trudno, pozostaje mi liczyć na to, że – pomimo braku mojego głosu – PiSiory nie zaleją wszystkich Polskich województw, miast i wsi „miernymi, ale wiernymi”.

Warszawiacy, liczę na Was! Honor Polaków leży w Waszych głosach!

Jarosław Orłowski

Opublikowany w Niecodzienności | Komentarzy: 11 »